"Nie mam żadnych szczególnych uzdolnień. Cechuje mnie tylko niepohamowana ciekawość. " Albert Einstein









środa, 17 października 2012

Lampy

Dobry wieczór,

w poprzednim poście pisałam o tym, że dopieszczamy nasze cztery kąty, że nasze mieszkanko nie jest jeszcze w pełni urządzone. Najbardziej doskwierało mi to, że nie udało nam się kupić żadnych ładnych lamp. Żeby nie widzieć gołej żarówki w salonie został powieszony pod sufitem papierowy lampion, a lampka podłogowa była to najbardziej prosta wersja lampki z Ikea - dudero. Szukaliśmy różnych rozwiązań, ale jakoś nie udało nam się nic idealnego znaleźć. Za mała, za szeroka, za duża, za niska, zbyt ozdobna.... Tak można byłoby mnożyć, szczególnie moje, zastrzeżenia :) Wreszcie udało mi się znaleźć idealną lampę sufitową... Cudowna, nie za mała, nie za duża, z pięknego matowego szkła, wykonana bardzo prosto, ale bardzo urzekająco... Zastanawiałam się, czy uda się tylko dokupić do niej lampę podłogową...? Byłam przekonana, że to co widnieje na metce to jest albo jakiś jej symbol, albo kod potrzebny aby ją "skasować". Moje myśli o tym jak cudnie będzie wyglądała pod sufitem w naszym domu zostały przerwane przez pana sprzedawcę. Najpierw niestety rozczarował mnie tym, że projektant nie wziął pod uwagę lampy podłogowej, potem zwalił z nóg informacją, że to co jest na metce to jednak cena i że nie brakuje tam przecinka... 8760zł...
Cóż... trzeba było znowu zacząć sobie wyobrażać salon bez tej lampy...

Moje rozsądne stwierdzenie, że co się odwlecze, to nie uciecze zostało poddane próbie przez naszego kocura... Postanowił upolować ostatnią (chyba) w tym sezonie muchę, która jakimś cudem jeszcze doleciała do domu, a konkretnie do lampy podłogowej. Jego łowy skończyły się na pełnym uwielbienia dla siebie mlaskaniem po konsumpcji i kompletnie zniszczonym papierem na lampce...

Trzeba było sobie poradzić z tym tematem... Otworzyłam moją szafkę ze skarbami, czyli przeróżnymi materiałami i odgrzebałam zasłonkę od przyjaciółki. Zasłonka przeżyła już swoje chwile świetności w jej sypialni. Potem trafiła do mnie po tym jak jej koleżankę od pary - drugą zasłonkę, postanowiła upiększyć najmłodsza członkini rodziny. Uczyniła to wodoodpornym markerem w kolorze zielonym... Zasłonka nie dała się uratować. A zasłony były piękne - bawełniane z haftami na dole i z boku. I te właśnie hafty postanowiłam wykorzystać. Tak powstał zestaw dwóch abażurów. Podstawę tego pod sufit stanowi połowa papierowego lampionu, zaś stelaż dla tego do lampy podłogowej stanowią części z papierowego abażura kupionego z lampą w Ikei.
Rezultaty mojej pracy - na zdjęciach:




Jestem z nich zadowolona, dopóki nie zauroczy mnie coś w sklepie będą nam one służyć, długo i szczęśliwie :) No, może do kolejnego polowania Maćka....

Dobrej nocy, pozdrawiam
Anka



poniedziałek, 15 października 2012

Okładki na segregatory

Dobry wieczór :)

Cudny dzień się właśnie kończy... Piękna, złota jesień dziś pokazała swoje najbardziej urokliwe, ciepłe oblicze... Złaziliśmy dziś cztery nogi - dwie moje i dwie mojego synka - Kubusia :) Szkoda było nam wracać do domu, więc spacerowaliśmy, spacerowaliśmy, spacerowaliśmy... Oby pogoda raczyła nas jeszcze dłuuugo tak cudnymi chwilami.

Trochę inspirowana jesienią, ale przede wszystkim dopasowując je do ogólnej kolorystyki w domu, popełniłam dwie okładki na segregatory. Są ogólnie rzecz ujmując brązowe :)

Do naszego mieszkanka wprowadziliśmy się w lutym zeszłego roku. Umeblowaliśmy je w podstawowe sprzęty, teraz je dopieszczam. Bardzo podobają mi się zdjęcia, które widzę na Waszych blogach, z Waszych domów. Wieloma wprost się zachwycam - tymi cudnymi bielami, jasnymi kremami, podobają mi się szalenie, ale nasz dom urządzamy troszkę ciemniej. Jest w nim dużo czekoladowego brązu, beży, kremów i wiele akcentów soczystej, jasnej zieleni - szczególnie w salonie. Założeniem naszym był dom w kolorach bliskich natury. Zawsze gdy pojawia się coś nowego w domu, czy to wykonanego przeze mnie, czy kupionego, ale w kolorze brązu lub zieleni, przypomina mi się serial "Alternatywy 4", a konkretnie jedna jego scena. Pamiętacie ten fragment z Aniołem i Ewą Majewską... Ten o wieszaniu zasłon... Nie mam co prawda do siebie "anielskich" pretensji o wybór kolorów, ale scena wg mnie zasługuje na przypomnienie. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie pamiętał zamieszczam wspomniany fragment znaleziony na you tube:





Odbiegłam od tematu :) Ale dla tego serialu było warto :)

... popełniłam dwie okładki na segregatory. Są brązowe i dopasowane do dwóch rodzajów przepisów - na słodko i na słono. Pierwszy raz szyłam  filc i już wiem, że powinnam to zrobić troszkę inaczej... Chyba kupiłam za cienki filc i niestety przy każdym dotknięciu okładka rozciąga się. Powinnam pewnie kupić troszkę grubszy, albo ten cienki czymś usztywnić...? Może coś mi podpowiecie...? Poproszę :)
Mimo zastrzeżeń wynik pracy nad okładkami zostaje przeze mnie zaliczony na + :) Poniżej na zdjęciach moje okładki:






Dobrej nocki Wam życzę i zmykam do łóżka :)

Anka

wtorek, 9 października 2012

kobiecy komplecik

Dzień dobry!

Postanowiłam pochwalić się kompletem, który uszyłam dla mojej mamy. Był to prezent na jej urodziny. Chyba trafiony, bo jest używany :)

W skład kompletu wchodzi tildowa kosmetyczka - wykrój na nią znalazłam w internecie, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobię gdzie/u kogo, okładka na notatnik - tę uszyłam inspirując się cudami jakie podejrzałam u Kasi na blogu made in kasia i etui na okulary, ten metodą prób i błędów uszyłam sama :)




Pozdrawiam Was cieplutko

Anka

poniedziałek, 8 października 2012

lalki tilda

Witajcie,
jakiś czas temu pisałam, że opiszę Wam krótką, ale treściwą przygodę z lalkami tilda. Uszyłam ich kilka w bardzo krótkim czasie.
Zaczęło się od tego, że chciałam zrobić żart mojej siostrze, która jest pielęgniarką i uszyć jej lalkę - koleżankę po fachu. Kombinowałam i skończyło się na tym, że uszyłam tildę. Nie jest ona idealna, teraz uszyłabym ją i wykończyła troszkę inaczej, ale jak na kompletne początki nie było źle. Największym problemem było wręczenie lalce strzykawki, musiała ją mieć, bo moja siostra ma dar bezbolesnego pobierania krwi :) Udało się i taki jest tego rezultat:




 Kolejne lalki to już kompletne wariactwo. Znajoma mojego męża usłyszała, że popełniłam lalkę i stwierdziła, że zamawia ode mnie dwie, dla dwóch dziewczynek. Broniłam się przed tym, bo co innego zrobić lalkę dla żartów, dla siostry, a co innego usyszyć ją dla małej dziewczynki na zamówienie jej cioci...
Znajoma była nieugięta i co chwila pytała jak się mają lalki, więc rada nie rada zabrałam się za nie. Do nich przyłożyłam się zdecydowanie bardziej, bo nie chciałam kompletnego rozczarowania z jej strony i tego, że ja będę zła na siebie, że dałam za wygraną... A oto wynik mojego zmagania:





Lalki na tyle się spodobały, że została zamówiona trzecia, tym razem dla starszej dziewczynki. Powędrowała do niej taka:




Kolejnym zamówieniem była lalka wykonana dla małej Madzi, córki naszych znajomych. Miała to być również lalka spersonalizowana, ale bez dedykacji. Niestety zdjęcie wyszło mi fatalne, dopiero teraz to zobaczyłam. Lalka jest już jakiś czas zaadoptowana, więc nie mam możliwości zrobić innego.




Lalka została zaadoptowana całym sercem, tak jak tylko to potrafi 1,5 roczna dziewczynka. Ciągnie ją ze sobą wszędzie, do łóżka, do zabawy, do stołu, wszędzie. Takie wieści sprawiają mi ogromną satysfakcję i niezmierną przyjemność.

W tej chwili do dokończenia została mi jeszcze jedna lalka, dla sąsiadki 4 letniej - koleżanki mojego synka. W tym przypadku realizuję konkretne zamówienie - ma być księżniczka - wróżka w różowo-czerwonym ubraniu... Konkretnie, prawda? :)

Ach, zapomniałam jeszcze o jednej lalce - muszę przegrzebać kosz z przytulankami mojego dziecka. Wtedy kiedy robiłam te trzy lalki dla jednej osoby zamawiającej, w moim synku odezwały się niezmierne pokłady zazdrości, poczuł się strasznie pokrzywdzony, więc jego zamówienie musiałam szybko realizować - miał być kucharz z jasnymi włosami. Projekt nie został zrealizowany do końca, bo okazało się, że jednak kucharz nie musi mieć czapki, z akcesoriów kucharskich został mu tylko fartuszek. Zrobię zdjęcie temu kuchcikowi i pokażę Wam jakie kolory ubrań dobierał mój smyk dla tego "lalka".

Kto dotarł do końca posta, gratuluję :) rozpisałam się niesamowicie.

Pozdrawiam Was cieplutko

Anka

niedziela, 7 października 2012

jesienne klimaty

Witam,

znów mnie nie było przez jakiś czas. Pochłonęły mnie różne sprawy, znów okazało się, że jest mnóstwo rzeczy do uszycia, przemalowania, ulepszenia i na blog trochę zabrakło czasu.

Jestem zauroczona jesienią. Jakoś ją w tym roku bardziej odczuwam, czuję się tak jakbym miała więcej zmysłów - może to zasługa mojego synka. Ma cztery lata więc odbiera świat całym sobą, chłonie wszystko co jest wokół niego i fascynuje się również wszystkim. Zbiera liście, żołędzie, kasztany, szyszki.... Wszystko co tylko da się zebrać :) A ja przy nim chyba też trochę nabrałam dziecięcej fascynacji przyrodą, odświeżyłam to w sobie. Poniżej zamieszczam zdjęcia tego co udało nam się zebrać na jednym ze spacerów. Nie są to wszystkie skarby, bo nie daliśmy rady wpleść w wianek worków kasztanów i żołędzi, ale i tak wyszło nam cudne, kolorowe "streszczenie" jesieni.





Wianek ten zagościł w salonie, a w kuchni inny zestaw żółto - pomarańczowe zbiory z ogródka, które przydałoby się w części wykorzystać na jakieś pyszności, ale żal pokroić...




Jesień zawitała u nas w domu również na słodko - znalazłam gdzieś w swoich zapiskach przepis na muffinki z jabłkami. Okazał się on strzałem w dziesiątkę. Babeczki wyszły pyszne, takie jak lubimy - z dużą ilością owoców, nie za słodkie i cudownie pachnące.




A oto przepis na nie:

120 g mąki pełnoziarnistej,
140 g mąki przennej,
2 łyżeczki proszku do pieczenia,
0,5 łyżeczki sody,
szczypta soli,
1 łyżeczka cynamonu,
1 łyżeczka cukru waniliowego,
2 jajka,
85 g cukru,
125 ml oleju słonecznikowego,
125 g musu jabłkowego,
250 g kwaśnych jabłek - u mnie antonówki,
50 g rodzynek,
60 g orzechów włoskich.

1. piekarnik podgrzać do temperatury 180 st.
2. mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia, sodą, solą, cynamonem i cukrem waniliowym.
3. jajko roztrzepać, dodawać stopniowo do masy mącznej, następnie dodać cukier i olej. Dokładnie wymieszać.
4. jabłka obrać, pokroić na drobne kawałki, połączyć z musem jabłkowym. Dodać rodzynki i posiekane orzechy.
5. ostrożnie dodać masę jabłeczną do masy mącznej.
6. napełnić foremki do wysokości 2/3
7. piec ok 20-25 minut.
8. wyjąć muffinki z piekarnika i pozostawić w foremkach jeszcze ok 5 minut, po tym czasie wyjąć je i pozostawić do całkowitego wystygnięcia na kratce.

To tyle z przepisu, jeszcze od siebie dodam, że były to najdziwniejsze jak dotąd muffinki jakie piekłam. Nie było to ciasto z owocami, ale owoce obtoczone w cieście. Zanim dodałam jabłka z musem, ciasto było ciężkie i bardziej nadawałoby się do rozwałkowywania niż nakładania do foremek. Po dodaniu jabłek, stało się bardzo kremowe i dzięki olejowi apetycznie błyszczące, ale było go bardzo mało. W foremkach nie dało się go wyrównać, bo wystawały kawałki jabłek. Taki "krajobraz księżycowy" wstawiłam do piekarnika z dużą dozą niedowieżania, że cokolwiek z tego wyjdzie. Rezultat okazał się wyjątkowo smakowity :)

Muffinki są nieziemsko pachnące, mokre, ale nie są ciężkie. Może trochę za wcześnie, ale mi zapachniały dzięki nim święta Bożego Narodzenia :)

Smacznego, pozdrawiam Was gorąco
Anka

sobota, 15 września 2012

poduchy.

Witajcie,

dwa miesiące temu napisałam, że wciągnęło mnie szycie. Oj, wciągnęło... I to bardzo... Z tego również powodu taka ogromna przerwa na blogu.

Drugim bardzo przyjemnym powodem przerwy były cudownie spokojne wakacje nad naszym morzem. Choć pogoda nas za bardzo nie rozpieszczała, fantastyczne chwile są w nas jeszcze bardzo świeżutkie.





A w domu, jeszcze przed wyjazdem udało mi się zrobić w domu kilka rzeczy, na które miałam pomysły, ale nie mogłam zebrać się, żeby je uszyć ręcznie...

Zawsze marzyły mi się wyjątkowe poduchy na kanapie. Różne widywałam w sklepach, ale nie wszystkie mi się podobały, a te które mi się podobały często miały dla mnie zaporowe ceny. Na pierwszy ogień poszły więc one. Udało mi się wykonać ich kilka. Poniżej zamieszczam zdjęcia dwóch z nich. Śmiało można powiedzieć, że wpisują się w trend upcyklingu - zostały wykonane z lnianych spodni :) Zobaczyłam je na jakiejś letniej wyprzedaży, materiał zauroczył mnie zupełnie - len, ale z przepięknym perłowym blaskiem. Żałowałam, że są na mnie za duże, ale w roli poduszek sprawdziły się idealnie :) Niestety zdjęcia nie oddają w pełni uroku tej tkaniny.
Pierwsza z poduszek ma satynowe peonie wykonane przeze mnie - praca nad nimi sprawiła mi mnóstwo
radości.







Poduszki może jeszcze nie są idealne (to moje pierwsze maszynowe prace), ale wykonanie ich sprawiło mi mnóstwo frajdy.

W głowie mam jeszcze kilka pomysłów na następne poduszki, ale muszę znaleźć dłuższą chwilkę na ich wykonanie - będą bardziej pracochłonne.
Postaram się w najbliższym czasie opisać Wam moją krótką i bardzo treściwą przygodę z lalkami - mimo zerowego doświadczenia w pracach na maszynie udało mi się popełnić ich kilka. Zdjęcia czekają na opublikowanie :)

Życzę Wam dobrej nocki i wracam do przyprawiania adżiki, którą dziś zamknę w słoikach
Anka


niedziela, 15 lipca 2012

pojemnik na karmę

Witajcie,

dawno nie zaglądałam na bloga, bo moje życie było wypełnione kilkoma ważnymi sprawami. Najważniejszą z nich było przygotowanie mojego 4letniego synka do wycięcia migdałków i przeprowadzenie go przez cały ten ambaras. Panuje przekonanie, że to mały pikuś, ja zdecydowanie się z tym nie zgadzam. Jesteśmy już miesiąc po zabiegu i zaczynamy wracać do rutyny. Dostaliśmy pozwolenie od cudowniej Pani Doktor, która Młodego operowała do wyjścia na basen... huuurrraaa!!! :)

Siedziałam sobie z Młodym w domu i kombinowałam co można byłoby zrobić. No i wykombinowałam :) Doszłam do wniosku, że w domu przydałby się jakiś ładny pojemnik na karmę dla naszej czarnej pantery. Przeszukałam internet, nic mi się nie podobało, więc postanowiłam zrobic go sama. Wykorzystałam do tego starą metalową bańkę, pomalowałam ją ftalową farbą w kremowym kolorze i namalowałam (ja! sama!) kilka cieni kotów - kolor brązowy. Jestem z siebie dumna, bo do tej pory jedynym moim osiągnięciem było narysowanie głowonoga :) Efekty mojego zawzięcia na zdjęciach poniżej....





Przy robieniu zdjęć okazało się, że kocur też chce być sfotografowany - właził w kadr wielokrotnie, więc poniżej kilka fotek Maćka - naszej czarnej pantery, niech ma :)







Ps. kupiłam maszynę do szycia! Huurraa! NIgdy nie szyłam, ale coś mnie do niej ciągnęło. Przed zakupem, nasz dom funkcjonował bez zastrzeżeń. Po jej zakupie okazało się, że jest to baaardzo niezbędny sprzęt :) Złapałam bakcyla i szyję, szyję, szyję... Efekty postaram się zamieścić tutaj - jest ich już dosyć dużo...

Pozdrawiam Was i życzę dobrej nocki

Anka